Budowlani kontra Budowlani. Sytuacja przekroczyła granice absurdu
Dodane przez Rugbus dnia 01-07-2019

Na całego trwa wewnętrzna łódzka rugbowa wojna na ligowych boiskach, ale też o zawodników i prawa do tradycji oraz minionych sukcesów...

Piotr Serafin: Co mnie skłoniło żeby zabrać głos? Ano to, że ludzie przeinaczają fakty, interpretując je według własnych potrzeb. Jestem świadkiem i uczestnikiem tej historii. Przez 27 lat byłem zawodnikiem i działaczem KS Budowlani – menedżerem, wiceprezesem, nigdy nie działałem w spółce. Teraz jestem tylko kibicem. W zarządzie KS Budowlani były nas cztery osoby, które zajmowały się rugby. Dwa lata przed powstaniem spółki toczyły się już rozmowy na temat jej powołania. Jedynym powodem jej utworzenia była ucieczka przed zadłużeniem, w jakim znalazł się klub KS Budowlani. Zbieraliśmy pieniądze na sekcją rugby, ale one w niewielkiej części szły na jej funkcjonowanie, a w większości na spłatę długów i utrzymywanie innych, w tym nowych dyscyplin, które stały się priorytetem dla klubu.

W ostatnim roku takiego działania sytuacja była tak tragiczna, że wiedzieliśmy, iż wiosną już nie wystartujemy. Nie było szans, żeby zadłużony klub dostał miejską dotację. Brak dotacji oznaczałby wycofanie tracących zaufanie sponsorów. Już nie można było dalej robić dobrej miny do złej gry. W klubie wszystko się rozpadało. Odchodzili trenerzy, drużyna zastrajkowała z powodu braku wypłat. W tej sytuacji wśród wszystkich ludzi rugby w klubie przeprowadziliśmy głosowanie czy spółka ma powstać. Wszyscy byli za. Wychodziliśmy ze słusznego założenia, że przy nowej strukturze, do której trafią wszyscy sponsorzy, jest szansa dostania dotacji i dalszego działania. Trzeba było znaleźć ludzi, którzy wyłożą swoje pieniądze na jej powstanie i którzy wyłożą kasę na wykupienie ligowej drużyny, której praktycznie już nie było, z KS.
To był mój ostatni wielki wysiłek na rzecz łódzkiego rugby, znalazłem minimalną liczbę dziesięciu osób, które zgodziły się wyłożyć pieniądze na jej powstanie. U notariusza z 17 chętnych stawiło się dziewięciu. Dziesiątego łapaliśmy na mieście. Takiego człowieka z gotówką w kieszeni w ostatniej chwili udało się nam znaleźć. I spółka powstała. Gdybyśmy nie sprzedali rugby do spółki i nie zasilili kasy klubu, to jestem pewien, że dziś klub KS Budowlani by nie istniał. Zobowiązaliśmy się do pokrycia długów wobec wierzycieli, choć produkt który sprzedaliśmy czyli ligowa drużyna tak naprawdę istniała wtedy na papierze.
Tworząc spółkę nakreśliliśmy wyraziste cele, jak to wszystko ma dalej funkcjonować. Pierwszym celem było odcięcie się od zadłużeń, żeby było można normalnie działać. Drugim harmonijna współpraca. W klubie miała być szkolona młodzież dla potrzeb ligowej drużyny, także za pieniądze przekazywane rok w rok przez spółkę, jako zapłata za przejęcie zespołu i zawodników. To miał być jeden zgodnie funkcjonujący organizm oparty na współpracy.

Niestety, szybko okazało się, że te pieniądze przeznaczane są w klubie na inne cele, a nie szkolenie rugbowej młodzieży. Priorytetem nie było szkolenie, tylko zadłużenie, które nadal trzeba było spłacać z pieniędzy otrzymanych z rugbowej spółki. Wiem, co mówię, bo jeszcze przez pół roku działałem w klubie i mam syna, która przez siedem lat grał w KS. Pamiętam, jak musieliśmy zabierać dzieci z obozu, bo nie było pieniędzy na zapewnienie godnych warunków pobytu. Tymczasem celem spółki nie jest utrzymywanie innych podmiotów, tylko drużyny rugby na odpowiednio wysokim poziomie. To było nie do przyjęcia dla działaczy KS. I wtedy odszedłem, bo nie mogłem na to patrzeć. I wtedy powstał konflikt, którego nie udało się zażegnać do dzisiaj. Gdyby to, co ustaliliśmy na początku, zostało zrealizowane, to dziś byśmy byli modelowo funkcjonującym organizmem, któremu nikt w Polsce nie byłby w stanie zagrozić.
To, że dziś wygląda to tak, że są dwa kluby, które ze sobą rywalizują to moim zdaniem dowodzi tego, że sytuacja stanęła na głowie i dosięgła granic absurdu. Umowa między spółką a klubem mogłaby być nieważna, gdyby spółka nie wywiązała się z finansowych zobowiązań. Tymczasem ustalone pierwsze pieniądze przeszły do KS natychmiast, czego jestem świadkiem.Było to około 500 tysięcy złotych.

Wszystkie zobowiązania zostały wypełnione, jakim kosztem, proszę o to zapytać ludzi spółki, którzy stawali na głowie, dokonywali heroicznych wysiłków, żeby ligową drużynę utrzymać przy życiu. To, że Budowlani SA funkcjonują dziś na takim topowym poziomie, to jest dla mnie coś nieprawdopodobnego, świadczącego o determinacji, ale też profesjonalizmie ludzi zarządzających spółką. To jest wyczyn na niebotyczną skalę, za co ci wszyscy ludzie powinny od władz miasta dostać medale. Nie dali się, choć im ich własne środowisko podstawiło nogę.

Okropne jest to, że w KS tworzy się linie podziałów, dzieli ludzi środowiska na lepszych i gorszych. To jest dla mnie horror. W rugby nigdy tak nie było. Podpuszczanie kibiców. że jedni są prawdziwi, a drudzy nieprawdziwi, jest po pierwsze żałosne, po drugie niegodne. Jeszcze raz to podkreślę – to jest jeden organizm składający się z dwóch części. Ktoś, kto pozwolił na powstanie po latach sztucznej konkurencji, powinien za to publicznie odpowiedzieć.

W zawartej umowie nie było podpunktów, aneksów i szczegółowych zapisów. Wtedy wydawało się nam to niepotrzebne, bo wydawało się nam, o naiwni, że wszyscy idziemy w jedną stronę dla dobra rugby. Wydawało się, że wszyscy mamy dobrą wolę, czego dowodem jest to, że nasza czwórka członków zarządu KS Budowlani weszła do spółki. Szybko okazało się, że jednym zależy na rugby, a innym na wyciągnięciu ze spółki jak największych pieniędzy na realizowanie, innych nie mających nic wspólnego z rugby celów. Taka jest smutna prawda i tak powstała linia podziału, która nie zniknęła do dziś. (źródło: Express Ilustrowany)