Głos rozpaczy. Polskie rugby jest niestetw w czarnej dziurze!
Dodane przez Rugbus dnia 27-05-2019

Rugbiści Master Pharm Budowlani awansowali do finału mistrzostw Polski, w którym zagrają z Ogniwem Sopot. Prezesa klubu Krzysztofa Serafina bardzo martwi to, co będzie dalej z polskim rugby.

Świat regulaminowych paradoksów

Krzysztof Serafin: Cały czas w klubie myślimy już o przyszłym sezonie. I bardzo się o niego martwimy. Nie chodzi o funkcjonowanie klubu, tylko o całe polskie rugby, które jest w czarnej dziurze i ma jak najgorsze perspektywy. Mam wrażenie, że działamy w swoistej paranoi lub może w świecie regulaminowych paradoksów wysmażonych przez Polski Związek Rugby.
Rzeczy, które powiela się od wielu lat, nie przynoszą efektów, a nowych pomysłów na pozytywne rozwiązania po prostu brak. Marazm i brak perspektyw rozwoju są najgorsze dla dyscypliny.

Brak sponsora i transmisji
Nie ma rozwoju ekstraligi. Nie ma sponsora strategicznego rozgrywek, nie ma zapewnionych transmisji telewizyjnych. W tej sytuacji próby pozyskiwania przez kluby sponsorów staje się mocno ograniczone. Nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się zmienić na lepsze, choć władze związku zapewniały, że pozytywne zmiany nastąpią w kończonym właśnie sezonie. Nic takiego się nie stało.

Przepisy dalekie od realiów

Obowiązujące regulaminy i przepisy nie są dostosowane do realiów, choćby w sferze transferów. Ekwiwalent za wyszkolenie zawodników w polskim rugby jest tal wysoki, że mocno przebija tak bogate dyscypliny jak piłka nożna, piłka ręczna czy koszykówka. Przepisy są tak skonstruowane, że zawodnicy są praktycznie niewolnikami macierzystych klubów do 26 roku życia. Idiotyzm.
Od czasu gdy związek je wprowadził nie było żadnych transferów młodych zdolnych polskich graczy, którzy powinni grać w najlepszych, najlepiej zorganizowanych polskich klubach. Ci, którzy wprowadzili przepisy liczyli, że młodzi gracze będą stanowić trzon słabych finansowo klubów. Nic z tego. Dziś zamiast na wychowanków stawia się w nich przede wszystkim na zagranicznych graczy, sprowadzanych z Ukrainy czy Gruzji.

Na transfer trzeba wydać fortunę
Za transfer młodego polskiego zawodnika trzeba zapłacić osiem tysięcy złotych za rok szkolenia. I nie ma tu tendencji malejącej czyli im starszy zawodnik tym mniejsza suma, jak to jest w wielu związkach. Cały czas obowiązuje ta sama stawka. Kwota może urosnąć do 40 tysięcy złotych, a takich pieniędzy żaden polski klub rugby nie jest w stanie zapłacić, bo go na to nie stać. To oznacza, że młody zdolny zawodnik w Polsce nigdy nie zmieni barw klubowych. Jest niewolnikiem przywiązanym paranoicznymi przepisami do jednego klubu.Paradoks sytuacji polega na tym, że kluby domagające się takich kwot, na wyszkolenie zawodników z reguły nie wydały na nie ani złotówki, bowiem pieniądze na działanie otrzymywały z miejskich funduszy.

Patowa sytuacja w Łodzi
I mamy taką patową sytuację w Łodzi. Sześciu bardzo zdolnych, perspektywicznych zawodników KS Budowlani chce bronić naszych barw, uważając, że w Master Pharm Budowlani ma lepsze warunki do sportowego rozwoju. Na dodatek KS Budowlani nie wywiązali się z powiedzmy to symbolicznych kontraktów podpisanych z zawodnikami. To jednak dla związku nie ma żadnego znaczenia. Trzeba płacić i już. Niestety, nie jesteśmy w stanie zapłacić za młodych zdolnych zawodników wymaganych kwot. Chłopcy przychodzą do nas na treningi, ale grać nie mogą. Grozi im 18 miesięczna karencja.

Sprawa trafiła do Komisji Odwoławczej PZ Rugby. Ciągnie się jak guma do żucia już dwa i pół miesiąca. Boję się, że cała sprawa skończy się tym, że zniechęceni młodzi ludzie zrezygnują z uprawiania rugby. To przecież jest ich hobby, a nie zawód. Związek swoimi idiotycznymi przepisami, hamuje szanse na rozwój najzdolniejszych. Zamiast na nich chuchać i dmuchać, bo powiedzmy sobie szczerze rugby w Polsce nie uprawiają tysiące młodych ludzi, więc każdy utalentowany gracz jest na wagę złota, robi wszystko, żeby odebrać im chęć do uprawiania dyscypliny. Jeden z prominentnych działaczy z klubu z kompleksami stwierdził publicznie, że przepisy są tak skonstruowane, że jeśli młody zawodnik nie będzie grał u mnie, to nie będzie grał nigdzie.

Rządzi prywata
Działaniami zarządu związku rządzi zwykła klubowa prywata i klapy na oczach. O żadnych szerszych perspektywach, patrzeniu dalej niż czubek własnego nosa nie ma mowy. Trudno dziwić się tej sytuacji, skoro w zarządzie nie ma przedstawiciela żadnego czołowego polskiego klubu. Działamy w systemie, który niczego dobrego nie wróży. Nie daje bowiem żadnych szans na rozwój.

Polski Związek Rugby ma ogromne wymagania od klubów, gotów natychmiast nakładać ogromne kary, a ze swojej strony nie daje nic. Czerpiemy regulaminowe wzorce z innych dyscyplin i innych krajów, ale władze związku kompletnie zapominają o tym, że rugby w Polsce jest sportem amatorskim, organizacyjnie nie dorastającym do tych wymogów, a wiele klubów balansuje po prostu na finansowej cienkiej linie. Związek nie jest w stanie stworzyć warunków do rozwoju. Potrafi tylko rzucać kłody pod nogi. To jest kompletna bzdura, a sytuacja prowadzi do samozniszczenia! Jeżeli nic się nie zmienia nasza dyscyplina nigdy nie zrobi kroku do przodu.

Nie jesteśmy my ludzie z Łodzi osamotnienie w tym myśleniu o polskim rugby, w którym wszystko jest postawione na głowie. Cztery najlepsze polskie kluby nie zgadzają się z tym organizacyjnym chaosem i chcą skończyć z sytuacją, gdy absurd goni absurd jak w filmie Monty Pythona.
W grudniu mają być wybory nowych władz w Polskim Związku Rugby. (Express Ilustrowany)