Stanisław Powała-Niedźwiecki: czasami można odnieść wrażenie, że nie jedziemy na tym samym wózku.
Dodane przez Rugbus dnia 04-10-2018

W pierwszym meczu Rugby Trophy reprezentacja Polski rozbiła na wyjeździe Czechów 41:22, udanie rozpoczynając nowy sezon tych rozgrywek, będący zapleczem Rugby Europe. Był to także jubileuszowy, 300. występ polskiej kadry, który niestety został zepsuty przez indolencję działaczy Polskiego Związku Rugby, którzy nie potrafili nawet przygotować jednolitych strojów dla zawodników. O organizacyjnych niedociągnięciach, a także o sposobach na ich rozwiązanie opowiedział zawodnik reprezentacji i Ogniwa Sopot Stanisław Powała-Niedźwiecki.

Dobrze zaczęliśmy nową edycję Rugby Trophy. Kontrolowany mecz przez cały czas, wyraźne zwycięstwo i rewanż za zeszłoroczną porażkę z Czechami 14:19. Mieliśmy im coś do udowodnienia i cieszę się, że to się udało. Zaczęliśmy dobrze, mam nadzieję, że teraz z Litwą potwierdzimy swoją dyspozycję, a potem czeka nas ciężki mecz z Holandią – ocenił mecz z Czechami Stanisław Powała-Niedźwiecki.

Niestety po spotkaniu nastąpił organizacyjny zgrzyt, który rzutował na całe zgrupowanie kadry. – Nie jest to przyjemna sprawa. Był to 300. mecz reprezentacji Polski i wypadało to uczcić, a tymczasem nie zagwarantowano nam nawet jednolitych strojów na pomeczowy bankiet. Związek ich nie przygotował, dał się zaskoczyć sytuacją. Uznaliśmy w gronie drużyny, najbardziej doświadczonych zawodników, że ....Czytaj więcej


Rozszerzona zawartość newsa

Uznaliśmy w gronie drużyny, najbardziej doświadczonych zawodników, że skoro nie mamy jednakowych polówek, pójdziemy na bankiet ubrani po cywilnemu. To temat do przemyślenia przez ludzi z PZR i do naprawienia za miesiąc, bo można przecież łatwo to zmienić – powiedział jeden z liderów reprezentacji.

– Jeżeli mamy się rozwijać jako dyscyplina i być postrzegani poważnie na zewnątrz, musimy takich błędów się wystrzegać. Starać się organizacyjnie dopinać wszystko na ostatni guzik. Wiadomo, że przy dużych imprezach jakieś drobne uchybienia mogą się zdarzyć, ale trzeba robić wszystko, by takich sytuacji unikać. Żeby kadra była wizytówką. Czasami można odnieść wrażenie, że nie jedziemy na tym samym wózku, że są dwa różne obozy: reprezentacja i PZR – dodaje Powała-Niedźwiecki.

Zdaniem rugbysty Ogniwa Sopot są szanse na poprawę wzajemnych relacji ze związkiem, ale warunkiem tego jest naprawienie komunikacji, która obecnie w zasadzie nie istnieje.Zawsze warto rozmawiać. Nie chcemy za wszelką cenę iść na wojnę i uważam, że związek nie powinien z nami walczyć, powinniśmy się wzajemnie wspierać. Naszym największym problemem jest brak komunikacji i stałe przerzucanie odpowiedzialności. Zawsze, jeśli trzeba było coś załatwić, miał to zrobić "ktoś". Nagle okazuje się, że osoby w PZR to postacie bez nazwisk. Nigdy nie wiadomo, do kogo konkretnie zadzwonić, zapytać o jakąś sprawę. Tak nie powinno być, bo każdy musi być rozliczany ze swoich obowiązków – uważa doświadczony gracz. – Nie chodzi przecież o to, żeby zawodnicy szarpali się ze związkiem o każdą rzecz. Niektórzy z nas grają w kadrze od dziesięciu lat i dobrze wiemy, że można lepiej zorganizować zgrupowanie przed meczem. Chcemy, żeby rugby rozwijało się w całym kraju, chcemy, by do naszego sportu garnęło się coraz więcej dzieci i młodzieży. Kadra jako wizytówka polskiego rugby doskonale by ten rozwój wsparła. Reprezentację warto pokazywać sponsorom i partnerom biznesowym. Takim wydarzeniem jak 300. mecz kadry powinniśmy chwalić się wszędzie, zwłaszcza że go wyraźnie wygraliśmy, i to na wyjeździe. Niestety nie bardzo możemy to robić, bo po meczu nie wyglądaliśmy jak reprezentacja. My jako zawodnicy nie mamy się czego wstydzić, bo na boisku zrobiliśmy swoje w 100 proc. Nie doszukuję się tutaj złej woli działaczy, raczej szeregu błędów komunikacyjnych i niedopatrzeń organizacyjnych, które łatwo poprawić. Nawet jeśli w PZR są mniejsze środki, choć tak naprawdę jako zawodnicy nie wiemy, jaka jest sytuacja finansowa związku, to myślę, że nie jest problemem, żeby dwa tygodnie przed meczem sprawdzić, jak się sprawy mają i jeśli są braki w sprzęcie, to kupić kilka sztuk, albo zamówić nowy zestaw. Nie może być tak, że jedziemy na mecz i nie mamy się w co ubrać na oficjalny bankiet – dodaje.

Zatrudnienie w kadrze irlandzkiego trenera Duaine’a Lindsaya, który ma za sobą pracę w Niemczech, gdzie pomagał rozwijać tamtejsze rugby, miało być dla tej dyscypliny krokiem w przód. Niestety, doświadczenie szkoleniowca nie zawsze jest odpowiednio wykorzystywane. – Trener pomaga nam dzięki swoim kontaktom za granicą. To zaowocowało między innymi tym, że Piotr Zeszutek pojechał na staż do Harlequins, co wpłynęło pozytywnie nie tylko na niego, ale także na cały zespół. Duaine zna dużo ludzi na Wyspach i pośredniczył w tym kontakcie. Już trener Blikkies Groenewald wprowadził profesjonalne standardy i my mentalnie tego profesjonalizmu "dotknęliśmy". Wielu zawodników tego nie wytrzymało, nie umieli bądź nie chcieli się dostosować i nie grają obecnie w kadrze. Ci, którzy zostali, cały czas starają się do tych zasad stosować. Podobnie trener Lindsay dba o to, żebyśmy zachowywali się profesjonalnie, choć nie jesteśmy przecież zawodowcami. Nam, zawodnikom, łatwiej było wejść w te tryby. Związek został trochę z tyłu. Myślę, że to kwestia przestawienia mentalności pracowników PZR. Brakuje łącznika, który pośredniczyłby w rozmowach między nami a związkiem. Na zasadzie dialogu, a nie wzajemnych oskarżeń – stwierdził Powała-Niedźwiecki.

Poprzedni trener reprezentacji, pochodzący z RPA Blikkies Groenewald, choć wyraźnie pchnął kadrę do przodu, zrezygnował z pracy. Jak mówiło się nieoficjalnie, powodem jego odejścia był brak porozumienia z ludźmi z PZR. Powstała ściana, której nie był w stanie przebić. Czy z trenerem Lindsayem będzie podobnie?

– Przykład Blikkiesa pokazuje, że ta ściana może znów powstać. Mam jednak nadzieję, że tak nie będzie. To był nasz wyraźny postulat, że chcemy trenera zza granicy, spoza środowiska polskiego rugby. Trener Lindsay jest bardziej cierpliwy. Blikkies był wybuchowy, reagował złością, gdy widział brak profesjonalizmu, nie mógł tego znieść. Duaine jest spokojniejszy, ale w rozmowach z nami często wspomina, że ciężko mu uzyskać jakąś informację z biura, dowiedzieć się pewnych rzeczy, musi to robić przez kapitana. Nie ma żadnego łącznika i płynnego przepływu informacji. Jakoś funkcjonujemy, ale wiele by pomogło, gdybyśmy komunikowali się lepiej ze związkiem. Cały czas kadra i PZR to dwie osobne rzeczy. Mam nadzieję, że wspólnie uda się wyprowadzić nasze relacje na prostą i w kolejnych meczach będzie tylko lepiej. Zebraliśmy garść informacji na tematy organizacyjne i jest czas na to, żeby z Litwą wszystko zagrało, jak należy – mówi z nadzieją doświadczony reprezentant kraju.

Posiłki zza granicy

Podobnie jak wcześniej Tomasz Putra, trener Lindsay zamierza korzystać także z zawodników o polskich korzeniach, którzy występują w mocniejszych ligach. W spotkaniu przeciwko Czechom debiutował Lawrie Seydak ze szkockiej drużyny Edinburgh Accies, a w kolejce czekają już następni. Stanisław Powała-Niedźwiecki nie widzi w tym niczego złego, pod warunkiem, że tacy zawodnicy wniosą do kadry niezbędną jakość.

– Lawrie wkomponował się bardzo dobrze, rozegrał świetny mecz w debiucie. Jest jednym z nas, nie ma żadnych różnic. Kolejny świetny mecz zagrał również Andrzej Charlat, który chętnie przyjeżdża na mecze reprezentacji. Jeśli ktoś wychował się w kraju, gdzie rugby stoi na najwyższym poziomie, od dziecka szkolił się wśród topowych specjalistów, to wiadomo, że technicznie często jest lepiej przygotowany od nas. Warto korzystać z takich ludzi, jeśli czują związek z ojczyzną swoich dziadków i chcą grać dla orzełka. Super, że poświęcają swój czas, żeby przyjechać, często rezygnując przy tym z meczów ligowych, gdzie zarabiają pieniądze. Jeśli spędzą z nami tydzień, zagrają mecz, to wyjeżdżają już jako członkowie drużyny. Uważam, że to pozytywne, jeśli faktycznie są lepsi od zawodników wychowanych w kraju. Gorzej, jeśli przylatuje ośmiu zawodników zza granicy i siedzą na ławie. Po co ich wtedy ściągać? Lepiej dać szansę debiutu młodzieżowcom. Teraz na szczęście takich sytuacji już nie ma, jest dwóch-trzech kolegów, którzy regularnie nas wzmacniają. (Źródło: Onet )