Trener Przemysła Szyburski: - Wszystkich zjednoczył cel - obronić tytuł mistrza Polski.
Dodane przez Rugbus dnia 02-01-2018

Rozmowa z Przemysławem Szyburskim, trenerem drużyny Master Pharm Budowlani, która obroniła tytuł mistrza Polski w rugby. Czy teraz było trudniej zdobyć złoty medal? Przemysław Szyburski: Zdecydowanie. Takich meczów, jak z Ogniwem w Sopocie o awans do wielkiego finału, nie przeżywa się i nie rozgrywa na co dzień. Podkreślali to zawodnicy, będą pamiętać ten pojedynek do końca życia. Spotkania z takim ładunkiem emocji, z taką dramaturgią, dawno w polskim rugby nie było. Niech pan przypomni, co się działo. Wygraliśmy 19:18, walcząc od 23 minuty w czternastu na piętnastu. Rywale byli w ostatnich sekundach pod naszym polem punktowym, pokazaliśmy charakter obroniliśmy się i wygraliśmy. Finał był łatwiejszy?

Tak. W finale udowodniliśmy swoją dojrzałość, zagraliśmy spokojnie i cierpliwie. Wybornie w obronie. Pokonaliśmy rywali 16:3. Przed decydującą rundą kontuzje na długie tygodnie wyeliminowały dwóch reprezentantów Polski Krystiana Pogorzelskiego i Patryka Reksulaka. W rugby kontuzje się zdarzają, choć nie da się ukryć, że urazy tych dwóch graczy były dla nas problemem. Oni wszak stanowili o sile zespołu. Poradziliśmy sobie, podobnie jak wiosną, gdy było dużo urazów, eliminujących innych ważnych zawodników z gry. W tej sytuacji wzrosła rola rezerwowych?

Nasza ławka rezerwowych była bardzo mocna. Mówiąc szczerze, nie było do końca wiadomo, kogo wstawić do składu, trwała sportowa rywalizacja. Mieliśmy szeroką, wyrównaną ligową kadrę i tym wygraliśmy ligową batalii. Mistrzostwo Polski zdobyli dla Łodzi zawodnicy z kilku krajów. Nie jest łatwo pogodzić w jednej drużynie ludzi reprezentujących tak różne kultury. Wszak walczyli dla nas Polacy, Gruzini, Ukraińcy i zawodnicy z RPA. Wytworzyła się chemia między zawodnikami. Zjednoczył ich wspólny cel obronić mistrzostwo Polski, wokół niego zbudowaliśmy drużynę. Wszyscy bardzo się zaangażowali, trenowali jak nigdy. To była bardzo dobra praca, zaprocentowała w lidze. Ludzie z zewnątrz szybko się w Łodzi adaptują. Decyduje atmosfera w szatni, a także warunki jakie potrafimy im stworzyć.

Nie jesteśmy klubem idealnym, ale znów dochodzą mnie głosy, że zgłaszają się ludzie z Polski, którzy chcą u nas grać. W stycznie się policzymy. Zobaczymy kogo mamy w kadrze. Kto będzie w stanie podjąć w stu procentach sportowe obowiązki. Jeśli będzie trzeba dokonamy uzupełnień. Trzeba znów będzie szczerze porozmawiać z... żonami i narzeczonymi. Jeśli trzeba będzie, to tak. Już to zresztą przerabialiśmy. Nasi gracze to nie są w pełni zawodowcy. Zwykli ludzie, których świetnie pokazał film „W drodze". Przychodzą po pracy i dają z siebie wszystko. Czapki z głów za takie zaangażowanie. Rozgrywki trwały półtora roku.

My mieliśmy dwa cele i oba zrealizowaliśmy. Najpierw zdobyliśmy Puchar Polski, a potem tytuł mistrza Polski. Gramy systemem wiosna jesień, a już wielu chce w 2019 roku wracać do starego, ich zdaniem zdecydowanie lepszego systemu rozgrywek - jesień wiosna. Byłem przeciwny reformie zmiany muszą być poparte planem i finansami. To nie jest czytelna liga i panuje bałagan. Trzeba zrobić wszystko, żeby decydujące mecze gromadziły jak najwięcej kibiców. Jaka jest rzeczywistość pokazał ostatni finał, była śnieżyca, padał grad i niestety było zdecydowanie za mało ludzi na trybunach. Finał powinien promować rugby, trzeba dać czas na jego przygotowanie i szansę na rozgrywanie w najlepszych możliwych warunkach.

Mamy kolejną reformę ekstraligi. Będzie w niej grało 10 drużyn. Uważałem, że lepszym rozwiązaniem byłoby zmniejszenie ekstraligi do sześciu zespołów i zbudowanie mocnego zaplecza. Nikomu nie są potrzebne mecze, w których wygrywa się 70, 80 czy 100:0. Na dziś nie wiadomo, jak to będzie naprawdę wyglądać, czy wszyscy się odliczą, choć już widać, że Orkan Sochaczew buduje bardzo mocną ekipę. W rankingu Expressu Ilustrowanego na najlepszego łódzkiego rugbystę zwyciężył Dawid Plichta. To bardzo dobry zawodnik. Mieliśmy jednak więcej silnych punktów. Michał Mirosz i Piotr Karpiński II kapitan zespołu i jego zastępca scalali drużynę. Kapitalną rundę miał Paweł Stępień fachowiec najwyższej klasy od czarnej roboty. Patryk Reksulak pomógł, choć grał z blachą w kontuzjowanej ręce. Krzysio Justyński walczył w finale ze złamanym nosem. Nie mógł przepuścić takiej okazji. Szymon Witkowski pokazał w Sopocie co to znaczy wejść z ławki rezerwowych i dać z siebie wszystko. Byłem załamany pierwszym występem w naszej drużynie Wietsa Botesa z RPA, ale potem jego transfer okazał się strzałem w dziesiątkę.

Należałoby wszystkich wyróżnić. Nikt, kto dostał szansę grania w ekstralidze, nie zawiódł. Cel na nowy sezon? Trzeba wyzwolić w zawodnikach nową motywację. Zdobycie trzeci raz z rzędu mistrzostwa Polski, to jest wyzwanie atrakcyjne i ważne dla wszystkich. (Express Ilustrowany)