Prezent dla kierownika Grzegorza Białkowskiego.
Dodane przez Rugbus dnia 09-11-2016

Łodzianie mają podwójną motywację. Chcą zdobyć trofeum i sprawić wyjątkowy prezent kierownikowi Grzegorzowi Białkowskiemu, który od 25 lat pracuje z rugbystami i „kierownikował" im już w 501 spotkaniach. Imponujące osiągnięcie, warte zauważenia i nagrodzenia. Jak zaczęła się pana przygoda z rugby? Grzegorz Białkowski: Mój syn Bartek pewnego pięknego dnia przyszedł do domu i powiedział, że chce grać w rugby. Trochę to mnie zaskoczyło. Myślałem, że będzie grał w piłkę nożną. Ja ją uprawiałem na poziomie III ligi w Energetyku. Z drugiej strony wiedziałem przecież, że ze względu na swoje potężne gabaryty mój syn futbolistą nie będzie, dlatego ucieszyłem się, że w ogóle zajmie się sportem. Musiałem go dowozić z Widzewa na ulicę Górniczą na treningi i mecze. Trener Marian Kolasa widział mniej raz, drugi, trzeci i któregoś dnia zaproponował, żebym mu pomagał przy drużynie. I tak się zaczęło. Gdy Bartek trafił do zespołu seniorów i ja tam się znalazłem za sprawą trenera Mirosław Żórawskiego. Pan trwa, a ilu w czasie swojej pracy przeżył pan szkoleniowców? Było ich ośmiu. Byłem kierownikiem, jak przez pewien czas prowadził zespół obecny prezes Krzysztof Serafin. Patrzyłem jak świetnie radzą sobie jako juniorzy obecni trenerzy Przemysław Szyburski i Krzysztof Szulc. Pana syn Bartek razem z nie mniej potężnym Adamem Prachem tworzył słynny rugbowy duet „braci Daltonów", którego bano się w Polsce. Obaj ważyli razem 250 kilogramów. To była klubowa i reprezentacyjna druga linia młyna. Charakterystyczni, wielcy i bardzo waleczni. Bartek miesza w Irlandii, ma syna, który... Nie gra w rugby. Karol ma 10 lat i... eksperymentuje ze sportem. Teraz pasjonują go biegi na orientację, wcześniej zajmowało go karate i futbol gaelicki, jeden z irlandzkich sportów narodowych. Gdy pan patrzy na dzisiejszy zespół to... Widzę w nim ogromny potencjał. To jest zespół mądrze budowany, który jest w stanie odgrywać czołową rolę w polskim rugby przez najbliższe lata. Mamy mocno wyrównaną drużynę i chciałbym tylko, żeby nam nie przeszkadzano. Łódź powinna być dumna z zespołu Master Pharm Budowlani, bo na to po prostu zasługuje. Co jest najtrudniejsze w „kierownikowaniu"? Na początku trzeba było chodzić po chłopakach i przekonywać ich, żeby pojechali na wyjazdowy mecz. Teraz z tym nie ma problemów. Kierownik w rugby to taki człowiek od wszystkiego. Zdarzyła się jakaś wpadka? Jechaliśmy na mecz do Warszawy na mecz z AZS i po drodze zostawiliśmy na stacji benzynowej naszego czołowego zawodnika, ba lidera drużyny. Dojechał dopiero na drugą połowę meczu. To mnie jednak nie tłumaczy. Powinienem policzyć, ilu ludzi jest w autobusie. Rugbowe przyjaźnie? W całym środowisku jestem człowiekiem rozpoznawalnym. Ludzie się zmieniają, a ja ciągle jestem. Myślę, że w nikim nie wzbudzam złych emocji. Ja sam jestem takim gościem, który woli pamiętać dobre chwile, nie myśleć o złych. W klubie pojawili się zagraniczni gracze. Czy najbardziej barwną postacią był Merab Gabunia? Bez dwóch zdań. To co on zrobił dla łódzkiego rugby, łódzkiego sportu jest nie do przecenienia. Dzisiaj to kontynuuje „Tomek" Mchedlidze. To są ludzie o podobnych charakterach. Wielcy, silni ludzie z sercem na dłoni, robiący niesamowitą atmosferę w szatni. Jak długo będzie pan kierownikiem? Jak długo mnie będą chcieli i będą potrzebny. Mam już swoje lata. Szukamy następcy. Mamy na oku zawodnika, który mógłby przejąć ode mnie pałeczkę, ale on chce jeszcze trochę pograć w rugby. Gdy się zdecyduje wtedy zostanę honorowym kierownikiem Master Pharm Budowlani. Zna pan kierowników innych dyscyplin? Nie za dobrze, ale zawsze imponował mi Tadeusz Gapiński, który przez wiele lat świetnie radził sobie w roli kierownika Widzewa. Chodziliśmy do jednej szkoły - Zespołu Szkół Energetycznych. Mamy z panem Tadeuszem wspólne korzenie... naukowe. Już jako zawodnik poproszony przez dyrekcję szkoły przygotowywał nas do jakieś turnieju. Ja oprócz futbolu grałem też w piłkę ręczną. Tłumaczy pan na rodzinnych spotkaniach czym jest rugby? Tak, ale jest mi łatwiej gdy ogląda się taki mecz jak Japończyków z RPA w Pucharze Świata, gdzie są wielkie emocje i sensacja największego kalibru. Wtedy przy stole wszyscy stają się fanami rugby. Jak tysiące Polaków jestem kibicem piłkarskiej reprezentacji Polski. (Express Ilustrowany)