Łódź kreuje rugby league, czyli jak marnujemy lokalne szanse.
Dodane przez Rugbus dnia 10-06-2013

Pewnie Państwo nie wiedzą, że dwa lata temu Łódź stała się prekursorką wprowadzania nowej dyscypliny sportowej. Po wielu treningach i staraniach w lipcu zeszłego roku rozegrano tu pierwszy w Polsce mecz rugby league, zwanego potocznie rugby australijskim. I to mecz nie byle jaki, bo międzynarodowy, z profesjonalnym brytyjskim zespołem. Nasza drużyna w całości składała się z łódzkich zawodników, wyjątkiem był angielski szkoleniowiec, którego dziadek był Polakiem i z tego powodu chciał zagrać w biało-czerwonych barwach. Myliłby się ktoś, kto machnąłby ręką i powiedział, że ...


Rozszerzona zawartość newsa


Pewnie Państwo nie wiedzą, że dwa lata temu Łódź stała się prekursorką wprowadzania nowej dyscypliny sportowej. Po wielu treningach i staraniach w lipcu zeszłego roku rozegrano tu pierwszy w Polsce mecz rugby league, zwanego potocznie rugby australijskim. I to mecz nie byle jaki, bo międzynarodowy, z profesjonalnym brytyjskim zespołem. Nasza drużyna w całości składała się z łódzkich zawodników, wyjątkiem był angielski szkoleniowiec, którego dziadek był Polakiem i z tego powodu chciał zagrać w biało-czerwonych barwach.

Myliłby się ktoś, kto machnąłby ręką i powiedział, że to tylko nowa odmiana znanego sportu, znanego naszym kibicom ze stadionu Budowlanych. Od końca XIX wieku Rugby league jest zupełnie oddzielną dyscypliną, drużyna liczy trzynaście, a nie piętnaście osób, gra jest bardziej dynamiczna, zasady zupełnie inne. "Trzynastki" pochodzą z przemysłowych osiedli północnej Anglii i stamtąd zawędrowały do USA, Francji czy Nowej Zelandii, by w Australii stać się jednym z najpopularniejszych narodowych sportów. Choćby to robotnicze pochodzenie sprawia, że sport ten bardzo pasuje do Łodzi. Łódzki klub rugby league nazywa się Magpies, czyli po polsku Sroki.

Już po dwóch latach istnienia utrzymuje kontakty z drużynami na całym świecie, ma wiele propozycji międzynarodowych wyjazdów, a na miejscu prowadzi działalność społeczną angażując w treningi chłopaków ze śródmiejskich bram. Myślicie Państwo pewnie, że taki klub ma stałe boisko, jakąś siedzibę z komputerem czy sponsorów. Myślicie tak, ponieważ codziennie czytacie w gazetach, jak grube miliony miasto dokłada do dwóch wielkich klubów piłkarskich, które jakoś często za granicą nie grają. Nic bardziej błędnego.

Jeśli chodzi o własny majątek, Magpies mają jedynie piłki i niesamowite zaangażowanie kilku młodych ludzi, którzy na moim podwórku przy Tuwima codziennie walczą o to, żeby odbył się następny trening. Łukasz, Adrian, Adam, Julek - chłopaki ze Śródmieścia, którzy zamiast spędzić życie przed telewizorem zakasali rękawy i z uporem godnym podziwu budują pierwszą w Polsce drużynę "trzynastek". Dwa lata temu poprosili mnie i innych sąsiadów o stawienie się na zebraniu założycielskim, bo niektórzy z nich byli jeszcze niepełnoletni i do założenia klubu potrzebowali wsparcia.

Dziś rozwój klubu blokuje jedynie brak funduszy, bo Orliki są zapchane i średnio nadają się do tej dyscypliny, a wynajęcie boiska latem czy hali zimą kosztuje. Gdyby nie uprzejmość Aleksandry Bonisławskiej, dyrektor ZSO nr 1, która od zeszłego roku gości drużynę, meczu z Anglikami nie byłoby gdzie rozegrać. Specjalne bramki na tę okazję Magpies zmontowali sami z... rurek kanalizacyjnych.

Każdy wyjazd za granicę to koszt około 6 tysięcy złotych. Więc pomimo licznych zaproszeń chłopaki siedzą w Łodzi i z trudem zrzucają się na opłaty ligowe.

Coś złego dzieje się w Łodzi, jeśli potrafimy wydać 170 milionów na stadion, a nie możemy znaleźć kilku tysięcy na wsparcie prężnego klubu, który wyrósł z małego podwórka. Zachęcamy młodych ludzi do tego, żeby wykazywali się inicjatywą. A kiedy biorą się do roboty i zmieniają rzeczywistość tego miasta, nagle na drodze spotykają same przeszkody.
źródło:Dziennik Łódżki